2012-05-18 22:05:40 >> Live to Rise Mały spacer po Wrocławiu. Powoli remontująca się dzielnica. Podnosi się tak naprawdę z gruzów. Kilka kamienic starych jak świat, między nimi kilka plomb odcinających się pstrokatymi kolorami elewacji. Pomyślałam, że wejdę zobaczę co jest za nimi. Co kryją odremontowane fasady. Tak jak myślałam, zgnilizna, brud, kurz i wszelakie plugastwo. Fetor zatruwający nozdrza. Szczury latające koło koszy na śmieci, kilku pijanych kolesi siedzących na ławce. Widok z pięknego odnowionego balkonu wprost na to wszystko. Matka z dzieckiem szybko przemykająca przez klepisko, na którym kiedyś rosła trawa, w rogu zardzewiała złomiasta i lekko przychylona mała karuzela. Porównanie nasuwa się samo. To miejsce jest jak człowiek. Istota, która na wzór zwierząt opanowała do perfekcji sztukę kamuflażu. Jak odnaleźć w tym wszystkim kawałek czegoś czystego, czegoś co udowodni, że to nie tylko złudzenie? Może trzebaby wypruć bebechy i zrobić przegląd instalacji elektrycznej, żeby sprawdzić, czy wnętrze też jest świeże i nowe? Czy wszystko działa i jest sprawne. Tylko, że do tego też trzeba mieć pewne umiejętności i wiedzę aby to stwierdzić, wiarygodnie ocenić. skomentuj (0) 2012-04-01 16:24:07 >> Jagodowa farba Nie ma nic gorszego niż kobieta, którą szargają hormony. Po fali nieokiełznanego szczęścia zaczęłam odczuwać wzmożoną niepewność. Gdy sytuacja się ustabilizowała, pojawiło się wspólne mieszkanie, plany i cała ta związkowa reszta, zaczęłam się wycofywać. Wręcz uciekać wgłąb siebie. Leżałam na łóżku patrząc jak białe ściany, których tak nienawidziłam zaczynają pokrywać się na przemian imbirową i jagodową farbą. Masakrycznie mnie to przerosło. Chociaż wiem, że temat wałkowany do porzygu i zdecydowanie za dużo o tym myślę. Resztka farby przy niegdysiejszej listwie podłogowej. Pomarańczowa. Nie moja kadencja. Widziałam zdjęcia na picassie tej laski jak mieszkanie wyglądało wtedy, gdy tu mieszkała. Wiem o tym wszystko. Jakoś przebolałam, chociaż uczulona na nią jestem w chuj. Pamiętam poprzednie malowanie. Na śliczne odcienie fioletu. Salon na odcienie zieleni. Targają mną tysiące emocji, dlaczego ? Bo już kiedyś to było? Bo krótko po tym sprawy przybrały taki obrót, że nie dało się tego pozbierać? A może dlatego, że na moim miejscu też teraz mieszka inna kobieta i przemalowywuje te piękne dla mnie kolory i jest szczęśliwa śpiąc w moim łóżku, które tak długo wybierałam? Nie wiem. Zmiana człowieka w tych okolicznościach jednak zmieniła i moje podejście do tego. Tym razem ja nie chcę go wypuścić. Staję się zaborcza, agresywna. Przy każdym ruchu napinam się jak strzała. Wcześniej gotowa do ucieczki, teraz już sama nie wiem na co gotowa. Dalej trochę do ucieczki, ale czy nie bardziej do stawiania oporu? O dziwo zaczęło mi się spieszyć. Mi. Osobie, która zawsze miała wstręt do "od teraz na zawsze". Ciągle jednak ta niepewność. Niepewność, że on zaraz odleci, zniknie, nie będzie dłużej. Może przez to, że ciągle mi mało, chcę coraz więcej, a zaczynam dostawać coraz mniej. W końcu ile może u faceta trwać ten okres zauroczenia... motyle w żołądku. To tak, że nabrałam rozpędu, wzięłam kogoś za rękę żeby skoczyć i... zatrzymałam się. A teraz robię mikroskopijne ruchy w tył, a ręka, którą trzymałam zaczyna mnie trzymać dużo lżej... skomentuj (1) 2012-01-12 14:51:06 >> Narcissistic cannibal Kręci się, oj kręci. W porównaniu do ostatniej notki trochę czasu minęło. Czas pokazał, że to czego powinnam się obawiać stało się faktem. Zaowocowało to utratą pewnych ludzi, ale zysk nowej osoby jakoś to naprawia. M. jest tą osobą, która wymagała pewnych poświęceń, która wykazała się poświęceniem i która, póki co, jest tego warta. Chyba od dłuższego czasu nie czułam się tak dziwnie szczęśliwa. Śmiech przez łzy. Jednak niech ten stan się utrzymuje jak najdłużej. Napędza i nakręca mnie to. On mnie nakręca. Jego silny charakter, jego mocny dotyk i ta czułość. Poczucie bezpieczeństwa. Prostota przekazywania myśli. Łatwość nazywania i okazywania uczuć i emocji. Teraz czeka mnie wyjazd służbowy na dwa tygodnie do Monachium. Ciekawe, czy będzie do czego wracać... skomentuj (0) 2011-10-31 11:48:17 >> My Riot Dziwne sploty wydarzeń doprowadzają do nieprzeciętnych reakcji. Ostatni weekend był mega zaskakujący. Zaczęło się już w czwartek. Postanowiłyśmy z Inży, że trzeba by zorganizować małe spotkanko z okazji bez okazji, choć można to podciągnąć pod Halloween. Jako, że ona mieszka w Poznaniu, a część ekipy była z Wrocławia, więc same przygotowania wzięłam na siebie. Stanęło na wstępnym wprawieniu się w domu Smoka, a następnie na wyruszeniu w miasto, co by poruszać trochę ciałem. Oczywiście ludzie byli stricte z patrolu. Wracając do czwartku. Postanowiliśmy ze Smokiem, skądinąd miłym ratownikiem medycznym znanym mi z Patrolu z wprost prześlicznie wyrzeźbionym ciałkiem, moim serdecznym kolegą, ogarnąć pare miejsc, gdzie później mielibyśmy się bawić. Klub jeden, drugi... piąty. Mieliśmy już osiąść na małe piwko, ale postanowiliśmy sprawdzić jeszcze ulubioną Kultową, choć było jasne, że to wymarłe miejsce i nic wielkiego się dziać nie będzie. Tak czy inaczej postanowiliśmy zajrzeć. Doszło do nieoczekiwanego spotkania ze S. Reakcja na moją osobę była raczej infantylna. Rodem z generacji pokemonów. W pierwszej chwili myślałam, że może nie jest sam. Podeszłam więc do barmanki, by wydobyć z niej parę informacji odnośnie sobotniego wieczoru, rezerwacji i tego typu. Następnie już odchodząc podeszłam do S. aby jednak się przywitać, grzecznościowe faux pas, ale trudno. Nazwijmy to małym eksperymentem. Celem ogólnie było sprawdzenie, czy fakt, że od jakiegoś czasu z nim sypiam, godzi w to, że jak myślałam, ta relacja była również "przyjacielska", czy może rzeczywiście jedynie "oczywistym seksem". Jak się okazało jest jedynie, a nie również. Słabe. Myślałam, że jest sprytniejszy i ponad. Jednak nadinterpretacja wzięła górę. Co do samej imprezy, to też była dziwna. Mały rajd po klubach, 4-5 miejsc, trochę tańca, dużo alkoholu. Skończywszy w towarzystwie kumpeli i bandy facetów. Jednakże z płomieniem nadziei, bo poznawszy jednego z normalniejszych facetów w ostatnim czasie. I jednego mniej normalnego, który przez to był dużo bardziej pociągający. Nie wiem, czy pewna doza niebezpieczeństwa, którą generował przyciągała mnie bardziej, czy też fakt, że powinnam odwócić od niego wzrok dla szerszego dobra. Na nieszczęście, nie siląc się, to ja osiagnęłam pierwsze procenty celu. Tyle, żeby wiedzieć co może mnie czekać dalej i tyle, żeby mnie przed tym ostrzec. skomentuj (2) 2011-09-29 21:03:23 >> Abracadabra Dziwny ostatnio rytm mnie dopadł. Wszystko jest jakoś tak na "nie wiem". Nie ma pytania, na które mogłabym jednoznacznie udzielić odpowiedzi, nawet w kwestii wyboru herbaty. Postanowiłam wiele zmienić i to też czynię, ale obawiam się, że jakoś mało składnie i przez to kiepsko to wyjdzie. Ostatnio zastanawiam się nad sprawą wychodzenia z odrętwienia. Jak szybko ludzie zapominają? Jak szybko powinni wrócić do swojego wcześniejszego JA? Czy jeśli ktoś nas tak naprawdę zrani, to w ogóle będziemy jeszcze kiedyś tacy sami? To chyba średnio możliwe. Każdy taki nasz życiowy incydent jakoś nas raczej zmienia. A propos pewnego osobnika z poprzedniego postu... tu właśnie objawia się to "nie wiem". Właśnie nic nie wiem. Niby to jasne i klarowne wbrew pozorom, a jakoś nie wiem. Myślę, że może nie powinnam wiedzieć, albo nie chcę wiedzieć. Pójdę sobie zrobić herbatę. Tylko kurwa jaką? skomentuj (0) 2011-08-29 21:05:44 >> All the demons... Co za masakra. Jestem zmęczona. Padnięta wręcz. Niby wakacje, niby urlop, a jakoś nie do końca wypoczęta jestem. Może dlatego, że za dużo się dzieje, a połowy nie ogarniam wątłym rozumkiem. Na każdej płaszczyźnie jakieś nowości. Zaczęło się od domu. Zostały z niego ruiny, z których nie ma co zbierać. Budynek stoi, ale wszelkie fundamenty runęły. Moja ostoja, wsparcie i ta cudowna droga ucieczki. Wiedziałam, że było źle, ale miałam nadzieję, że jakoś moja rodzina to przetrwa. Nie przetrwała. Próbowałam się z tym zmierzyć naocznie, ale było ponad moje siły. Teraz znowu muszę podjąć próbę. Ehhh.... Tak jak i pora się przekwalifikować może. Czuję potrzebę rozwoju i realizacji. Na polu osobistym... hmm... też spore zmiany. Ludzie pojawiają się i znikają. Niektóre przyjaźnie na szczęście zostają. Patrol, ach patrol. Ostatnio pewien ufoludek (bo zielony) przyczaił się. Chyba za bardzo poczułam przyciąganie, chyba za bardzo pozwoliłam temu urosnąć i chyba za dobrze się w tym wszystkim czułam. Było jakoś tak normalnie. Powoli swoim tempem, z odpowiednim nastawieniem i podejściem. Człowiek, który w pewnym sensie ma patent, nie wiem czy świadomy, czy to tylko kwestia "uroku". Faktem jest, że za szybko doszedł do pewnych spraw, nie zraził się wstępnym drutem kolczastym i do tego niektóre trupy z szafy za szybko wyleciały. On po prostu wyczaił to szybciej niż powinien i drążył na tyle, że jakoś wypłynęło. Może to kwestia podobnych doświadczeń. Na szczęście jest daleko, daleko stąd i nie wie, że miota mną przez tą sprawę. Chociaż może to dobrze, że miota, bo zdałam sobie sprawę, że z niektórymi rzeczami przyszedł czas i siły aby się rozprawić. O dziwo pokazał zupełnie inne podejście i inny sposób okazywania emocji. Fascynujące. Wakacje były
aktywne. Troche byłam w rozjazdach, kilka razy odwiedziłam Poznań, kilka
razy w domu i oczywiście Woodstock ze wstrętnym prodigy, które jedynie
rozczarowało i dowaliło roboty. Nawet tam szykują się dla mnie zmiany.
Odrzuciałam całkiem świadomie propozycje szkolenia liderskiego, bo
jednak od pewnego czasu interesuje mnie zupełnie inna formacja tam
działająca.
|